Pojechaliśmy sobie na coroczny urlop samochodowy. Tym razem padło na zachodnie pogranicze: od wyspy Wolin do Worka Żytawskiego.
Rok temu podczas wyjazdu na Warmię trochę padało, ale dzięki temu odkryliśmy przeciek w nogach pasażera. W tym roku odkryliśmy ten sam przeciek jeszcze przed wyjazdem, a podczas samej podróży padało codziennie. Wyjąłem więc dywan żeby nie zgnił, wygłuszenia pójdą do śmieci, a nadmiar wody usuwaliśmy na bieżąco gąbką kąpielową. Ręce opadają
Jeździliśmy głównie bocznymi, białymi drogami lokalnymi. Tam, gdzie się dało trzymaliśmy się jak nabliżej Odry i Nysy Łużyckiej, raz po tej, a raz po tamtej stronie granicy. Obejrzeliśmy cały wachlarz dróg utwardzanych brukiem, kocimi łbami, żużlem, smołoasfaltem i czym jeszcze się dało.
Niektóre miejsca na trasie jak Stare Miasto w Kostrzynie albo resztki mostu między dzisiejszymi Zasiekami a Forst to bardziej ćwiczenia z wyobraźni, bo w miejscu miasta są tylko krawężniki i ruiny piwnic. Ale większe miasta, jak Goerlitz/Zgorzelec czy Gubin/Guben są super, szczególnie teraz kiedy znów są nieprzedzielone granicą. Poza ucywilizowanymi obszarami widzieliśmy też mnóstwo fajnej natury: łąki, górki, lasy, zupełnie inne na północy, a jeszcze inne na południu. Był też zając, zimorodek, jeleń, wuchta saren, czapli i innej dziatwy.
CX kombi ma znacznie większy bagażnik niż 940, ale chyba bałbym się pojechać nim na taką wycieczkę. Nie zmienia to faktu, że jest wspaniały.
Wycieczka była miła i zróżnicowana. Była natura, była cywilizacja, były i kanty, i krągłości. Mój tempomat nadal nie działa, ale na tych trasach i tak nie miał sensu. W nogach pasażera nadal trwa powódź, deszcz nie przestanie padać do wtorku. Idę zbierać wodę gąbką.
