Oprócz GLT mamy jeszcze resztki Mazdy MX-5. Długa i ciekawa historia w sumie:
Kupiona w 1998, cztery lata po wyprodukowaniu. W Polsce, na czarnych blaszkach (gdyby wtedy ktoś wiedział że takie rzeczy będą teraz zajebiste to by się ich nie zmieniło potem na białe...). Moja mama wypatrzyła ją w jakimś autokomisie w środku nocy, na drugi dzień wróciła i kupiła sobie. Lans straszliwy.
Z czasem wychodziły nowe kwiatki, różne mniej i bardziej istotne naprawy ujawniały kolejne ciekawostki, takie jak fakt, że to wersja USA której w Europie nie sprzedawano. Albo że jedno światło hałasuje przy zamykaniu nie dlatego że coś jest popsute, tylko dlatego że ociera o maskę. W efekcie któregoś dnia przy okazji poprawiania lakieru okazało się, że Miata składa się w znakomitej większości że szpachli - była bita z przodu, z tyłu, z boków, poza tym w 1994 wyszła z fabryki w kolorze British Racing Green. Jakość naprawy blacharskiej po tych wypadkach była bardzo wysoka - mimo bycia ulepem wytrzymała dzielnie kilkanaście lat normalnego użytkowania przez cały rok.
Gdzieś w okolicach początku 2010 moja mama uznała że pora zmienić auto na nowsze (też MX-5). Ludzie którzy przywiązują się do rzeczy materialnych mają czasem problemy z logicznym myśleniem - moja mama uznała że żal jej sprzedawać starą Miatę, więc zimę auto spędziło pod grubym kożuchem śniegu na podwórku. No bo przecież
taka fajna jest że trudno się z nią rozstać. Tu zaczyna się właściwy problem.
Ponieważ byłem wtedy zatwardziałym fanem mojego nowego Passata B3 kombi (nie trwało to długo), moje zainteresowanie Mazdą było tylko takie, że należy ją umyć, dobrze sfotografować i dobrze sprzedać. Wystawiłem ją nawet za jakieś chore pieniądze na forum MX-5.pl, i parę osób było nawet mocno zainteresowane. Ale z każdym kilometrem (do myjni, na sesję zdjęciową, do sklepu po bułki) okazywało się że to auto jest chorobą przenoszoną drogą kropelkową. Inaczej mówiąc: jest tak zajebiste, że ja też nie chciałem żeby zniknęło.
W efekcie zaczęliśmy sobie korzystać z Miaty na pół gwizdka, potem coraz bardziej, a w końcu na pełen etat. Pojechaliśmy sobie nawet na dziesięciodniowe wakacje do Litwy, Łotwy i Estonii, skąd wróciliśmy na lawecie - ze starości pękł pasek rozrządu, 770km od Poznania, przy 130km/h na autostradzie auto zasugerowało że pier*oli i nie jedzie dalej. Było mniej więcej południe, dookoła pola i lasy po horyzont, a ja nie wiem nawet jak sprawdzić czy w aucie jest iskra. Koniec końców dzięki splotowi niezwykle sympatycznych okoliczności na drugi dzień rano pojechaliśmy busem do domu z Miatą na lawecie, a podróż z litewską załogą kierowaną przez litewskiego kierowcę była czymś niezapomnianym. Gość zabrał nas na pokład o 9:00, o 24:00 wypuścił pod moim domem, po czym wsiadł i pojechał jeszcze raz tyle do Niemiec. Oczywiście nie autostradami, bo drogo. Reszta załogi była już niezdatna do prowadzenia pojazdów mechanicznych, więc pewnie radził sobie sam.
Przez kolejne lata nawijaliśmy niewielkie ilości kilometrów na szpulkę, garażowaliśmy auto zimą i zbieraliśmy się do generalnego remontu. Generalny remont, jak potem się okazało, wyniósłby podobne pieniądze co potrójna wartość auta, toteż nie doszedł do skutku po dziś dzień. Pomijam punktowe naprawy typu wymiana progów bo chyba coś z nimi jest nie tak (wewnętrzne łączenie progu z podłogą utleniło się około 5 cm wgłąb nadwozia patrząc od drzwi), oczywiście wszystko byle jak i na pałę bo przecież kiedyś zrobimy generalny remont. Wymieniliśmy dach, jednak pan dachowiec uznał że takiego odcienia jaki potrzebujemy to on nie ma, więc wpadł jaśniejszy materiał. Jakieś bzdety typu remonty hamulców, wysprzęgnik (druga laweta w karierze, tym razem Gdańsk - Poznań). Oczywiście legendarna trwałość samochodów japońskich okazała się prawdą - każda jedna awaria w tym aucie wynikała z zaniedbania albo niedopilnowania interwałów wymiany czegośtam. Naprawdę nikt nie dbał o ten pojazd, a on dzielnie jeździł wte i wewte kiedy tylko było potrzeba.
Po przeprowadzce spod miasta do centrum zapotrzebowanie na drugie auto zmalało dramatycznie, więc głównym zadaniem Miaty było zabezpieczać dwusetkę w razie przestojów u mechanika, a także zbierała wizytówki laweciarzy z gatunku "kupię to auto gotówka!". W międzyczasie skończył się przegląd. Przegląd, który rok wcześniej załatwiłem pierwszy i ostatni raz w życiu na pół-lewo (diagnosta widział auto, ale w paru miejscach tracił wzrok). Tydzień temu zawiozłem Miatę do znajomego warsztatu gdzie chłopaki mieli zdiagnozować czy jeszcze przedłużamy agonię, czy to już pora.
Wygrała druga opcja. Na chwilę obecną: zawias trawi rdza, elementy gumowo-metalowe w komplecie do wymiany, amortyzatory i sprężyny z tyłu również, karoseria przestaje istnieć i to w newralgicznych miejscach (podłużnica, ściana grodziowa, kielichy i inne), silnik cieknie (ale one tak mają w naturze). Suma napraw wykonanych przekracza wartość auta, nawet jeśli wybrać opcję budżetową i nie robić tego najlepiej jak się da, tylko "tak wiesz, na kilka lat, przecież niedługo remont".
Toteż podjęliśmy bardzo smutną decyzję pożegnania się na amen z tym egzemplarzem, może z Miatą w ogóle, sporo gratów z wnętrza posłuży do budowy kolejnej Miaty, którą to będziemy raczyć tym mitycznym generalnym remontem o którym czytaliście już parę razy w tej krótkiej opowieści. Fantów jest sporo: niesamowity system audio z głośnikami w zagłówkach i generatorem niskich częstotliwości w fotelach (taki subwoofer który nie gra, tylko przenosi drgania z muzyki na nerki pasażerów), tempomat, beżowe skóry, elektryka wszystkiego, silnik 1.8 mocniejszy od 20-15km niż podstawowy 1.6, hardtop, urocza malutka kierownica Momo i tak dalej i tak dalej.
A teraz idę cicho chlipać w poduszkę bo strasznie trudno żegna się auto-przyjaciela który woził mnie odkąd miałem 10 lat
PS. gratuluję każdemu kto przeczytał całość, chyba się trochę rozpisałem.